Przejdź do treści

Powiat Inowrocławski Oficjalny portal

Wyszukiwarka

Szukaj

W lochu Mysiej Wieży

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Jest najbardziej rozpoznawalnym symbolem architektonicznym Powiatu Inowrocławskiego, a wraz z Biskupinem jednym z cenniejszych zabytków województwa i Polski.

Pochodząca z 1350 roku, ośmioboczna Mysia Wieża w Kruszwicy była częścią zamku – m.in. siedziby starosty oraz rycerzy rabusiów i nadal nie odsłoniła wszystkich tajemnic.

Tym razem badania archeologiczne skupiły się na tym co jest na samym dnie gotyckiej budowli. Ekipą kierował Marcin Woźniak szefujący Muzeum im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu, z którym rozmawiał Artur Kisielewicz.

Jakie znaczenie miała ta wieża dla zamku państwowego zbudowanego na Półwyspie Rzępowskim w połowie XIV wieku?

Strategiczne, była to wieża ostatecznej obrony, dlatego nie było wówczas istniejących obecnie schodów zewnętrznych. Do jedynego wejścia do wieży prowadziły drabiny i mostek z ganku murów obronnych. Drzwi ryglowało się z obu stron, tak że można było się zamknąć w wieży lub zamknąć w niej kogoś. Kiedy padał cały zamek, to tu można było się jeszcze bronić do nadejścia odsieczy. Jedyne wejście jest prawie 10 metrów nad powierzchnią dziedzińca zamku. To niestety nastręcza teraz wielu problemów, bo nie możemy prowadzić prac z wysokości gruntu.

Na czym polegały tegoroczne prace na dnie Mysiej Wieży?

Najpierw musieliśmy usunąć 30-centymetrową warstwę gruzu pozostałą po zeszłorocznych pracach. Później usuwaliśmy śmieci z okresu PRL-u oraz pojedyncze rzeczy z czasów okupacji i okresu międzywojennego. Były tam różne przedmioty m.in. butelki Wytwórni Wódek „Kasprowicz” z Gniezna, kapsle porcelanowe z browaru w Strzelnie czy cynowa odznaka przyznawana na 1 maja – święto III Rzeszy. Z okresu PRL-u jest około 700 monet. 80-centymetrowa warstwa powojennych śmieci zalegała na kolejnej warstwie gruzu, która uformowała się w czasie kiedy były tu prowadzone przez Prusaków, pod koniec XIX wieku, prace renowacyjne. Prusacy w latach 60. XIX wieku postanowili uporządkować teren wokół wieży, a w latach 90. zbudowali pierwsze schody w jej środku. Wtedy obiekt mógł być udostępniany turystycznie. Tego XIX-wiecznego gruzu wyciągnęliśmy z dołu wiadrami dwa kontenery, czyli 20 ton urobku. Po usunięciu gruzu pojawiła się warstwa wyprażonej zaprawy wapiennej i dachówki. Okazuje się, że kiedy 18 czerwca 1657 roku Szwedzi opuszczając Kruszwicę i Inowrocław podpalili zamek i może częściowo go wysadzili, to wszystkie znajdujące się w wieży elementy drewniane spłonęły. Pożar sięgnął ośmiobocznego dachu, a ten spadł do wnętrza. Warstwa tych dachówek i zaprawy miała koło 1,5 metra. Były tam też kości zwierząt - resztki posiłków przebywających tu żołnierzy. Były tu też kości ludzkie.

W jakich okolicznościach się tu znalazły kości ludzkie?

Mogą to być kości ofiar jakiegoś wypadku w czasie pożaru, albo Szwedzi pozostawili w wieży jakiegoś człowieka lub jego zwłoki.

Niżej już nic nie było?

Warstwa pożarowa spoczywała na warstwie gruzu ze sklepienia krzyżowego, które odcinało dolną kondygnację wieży od wyższych pięter. Na tej warstwie był cienki materiał archeologiczny – ceramika, przedmioty szklane z połowy XVII wieku. Zniszczenia z 1657 r. były na tyle duże, że pomimo tegorocznych prac i masy usuniętego materiału nadal nie doszliśmy do dna Mysiej Wieży. Sondaż wykazał, że są jeszcze ponad 2 metry nawarstwień do usunięcia.

Czy zatem może tam być przejście podziemne, o którym mówi legenda?

Nie sądzę, bo przeczyłoby to funkcji obronnej zamku. Wieża ostatecznej obrony nie ma takich przejść, które dodatkowo osłabiałyby konstrukcję. Fundament wieży jest monstrualny, bo ma 5-metrowe mury kamienne. Uważam, że dno wieży było lochem głodowym i taką funkcję pełniła ta część wieży w średniowieczu. W 1409 roku, kiedy Krzyżacy zdobyli Bydgoszcz, król Jagiełło postanowił ukarać dowódcę obrony – burgrabiego Bernarda za poddanie miasta. Skazał go na „karę wieży”, a miejscem jej wykonania była Kruszwica. Była to najgorsza z możliwych kar i Bernard dożył w tej wieży swoich dni.

Czy jest pokusa żeby udostępnić loch zwiedzającym?

Wieża jest po remoncie i można się zastanowić jak ją turystycznie uatrakcyjnić. To przecież jeden z symboli architektonicznych Polski. Dla miłośników architektury tyle gotyckiego muru to wystarczająca frajda, ale kiedy loch zostanie ostatecznie oczyszczony, może uda się tam zrobić jakieś multimedialne miejsce, atrakcyjne dla wszystkich.

Czy wśród znalezionych przedmiotów są jakieś szczególnie wartościowe?

Najcenniejszy jest flet z połowy XVII wieku. Być może był to instrument wojskowy. Jest trochę ceramiki, dzban, szklanica. Metale kolorowe się spaliły, ale wśród znalezisk jest średniowieczna podkowa i klucze do wieży z czasów pruskich.

Prusacy zaczęli porządkować ten teren w XIX wieku. W jakim stanie były wtedy mury spalonego zamku?

W XVIII i XIX wieku mury zamku były regularnie rozbierane do celów budowlanych. Są zapisy, że nawet z Inowrocławia przyjeżdżano po cegły. Zamek był traktowany jak kamieniołom. Wieży nie ruszano, bo groziło to niebezpieczeństwem. Gruzu było tyle, ze dochodził on do wejścia do wieży. Mimo że Mysia Wieża jest polskim zabytkiem, Prusacy postanowili go zachować, bo uznali gotyk za swój styl narodowy. Po uporządkowaniu terenu powiesili na wieży flagę, a park wokół budowli był poświęcony cesarzowi Fryderykowi II.

Na ścianach przy wejściu wyryte są napisy. Z jakich pochodzą czasów?

To bardzo ciekawa historia, bo napisy są efektem dawnego wandalizmu, który stał się teraz zabytkiem. Te napisy zostawili ludzie różnych narodowości: Polacy, Żydzi, Niemcy. Jest tu cała galeria autografów, np. z 1854 roku.

Jest Pan nadal pod wrażeniem tej budowli?

Oczywiście, bo musimy sobie uzmysłowić jakim wyczynem było wówczas postawienie ponad 30-metrowej budowli na gruncie, który jest nasypem. W X wieku usypali go ludzie. Sama ilość cegły potrzebna do przygotowania takiego placu budowy musi budzić szacunek. Miejscowe cegielnie wypalały miliony cegieł przez kilka lat. Taka inwestycja to był w tamtych czasach prawdziwy wyczyn.

Spędził Pan w lochu głodowym 10 dni i z pomocnikami, za pomocą wiadra, wydobył w tym czasie z wieży kilkadziesiąt ton gruzu i śmieci. Tego wysiłku początkowo nie wytrzymywały plecy. Ból jednak nagle ustąpił. Może pomogła legenda o magicznym kamieniu?

Może to rzeczywiście czakram, a może ketonal? Wciąż się nad tym zastanawiam.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij